Hej! Dzisiejszym wpisem chcę rozpocząć nową serię na blogu, w której będę podsumowywać zeszły miesiąc w pielęgnacji włosów oraz pokazywać Wam zmiany w ich kondycji. Jako, że nigdy wcześniej nie mówiłam o mojej czuprynie, to dzisiaj zrobię tylko takie krótki wstęp o typie włosów, ich historii, oraz podzielę się z Wami zdjęciami. Mam nadzieję, że seria przypadnie Wam do gustu.
A więc, krótka historia moich włosów. Od zawsze miałam długie, cienkie włosy w kolorze ciemnego blondu. Tylko raz w życiu doszłam do wniosku, że mam ich dosyć i ścięłam je do długości za ucho. Szybko jednak tego pożałowałam i od tamtej pory już zawsze je zapuszczałam.
Nigdy nie miałam z nimi problemu, dlatego stosowałam zasadę "im mniej tym lepiej". Moja pielęgnacja ograniczała się wtedy tylko do szamponu (obojętnie jakiego) i okazjonalnie odżywki. Problemy zaczęły się pojawiać kiedy przeprowadziłam się do Wrocławia i już od dobrych 3 lat walczę z powracającym łupieżem, który według mnie w dużej mierze spowodowany jest twardą wodą jaka tutaj jest. Jednak nie wykluczam też innych czynników.
Na początku udawało mi się go zaleczyć szamponami Head&Shoulders. Później przestały one wystarczać, a więc przerzuciłam się na ciężki kaliber - Nizoral. Do tej pory wracam do niego okazjonalnie kiedy już nic nie pomaga. Niestety tej jesieni problem nasilił się jeszcze bardziej, a z mojej bujnej do tej pory czupryny, włosy zaczęły wypadać w zastraszającej ilości. Wtedy odkryłam włosomaniaczki. Krok po kroku nauczyłam się znaczenia takich, do tej pory obcych mi zwrotów, jak: SLS, olejowanie, kremowanie włosów, laminowanie itd. Teraz moja świadomość w ich pielęgnacji jest znacznie większa, niestety problem nadal nie został w 100% zażegnany. Właśnie dlatego postanowiłam, że prowadzenie dziennika, w którym będę podsumowywać reakcję skalpu na poszczególne kosmetyki, może być dobrym rozwiązaniem.
Aktualnie myję włosy co 3-4 dni, po każdym myciu stylizuję je za pomocą prostownicy (staram się robić to z umiarem, tylko żeby opanować puszenie przy grzywce, więc proszę nie krzyczcie na mnie, wiem że nie powinnam). Trzy miesiące temu sprawiłam sobie też ombre, które uwielbiam, niestety nie pomogło to moim i tak zmaltretowanym włosom.
No i to chyba tyle, dajcie znać jeśli jeszcze coś Was interesuje lub jeśli macie jakieś rady, a teraz zostawiam Was ze zdjęciami.
P.S. Wiem, że końcówki są w opłakanym stanie. W najbliższych tygodniach planuje je podciąć. Jeśli znacie jakiś dobry salon fryzjerski we Wrocławiu, który nie zrujnuje mojej studenckiej kieszeni, to proszę dajcie znać.
Całuję, Iga









